wtorek, 25 marca 2014

Rozdział II cz. 3

~* Jose *~

Zamknęłam za sobą drzwi do pokoju i dosłownie padłam na łóżko. Weszłam pod kołdrę i nakryłam twarz poduszką robiąc prowizoryczny schron. O Matko, jak to dobrze być w domu. Domu? Dziwne, że zaczęłam tak myśleć o miejscu w którym byłam zaledwie tydzień. Ale za to jaki tydzień. Kiedyś wydawało mi się niemożliwe, żebym była wstanie robić tyle wyczynów w rok, a co dopiero w tak krótkim okresie jak tydzień! A tydzień ten minął tak szybko, że ledwo co zdążyłam się obejrzeć. Życie w liceum, a zwłaszcza liceum im. John'a Fizgealda Kennedy'ego płynie bardzo szybkim tempem. Tu nie ma miejsca dla tych, którzy stoją w miejscu... Ale tak bardzo przydałby mi się jakiś odpoczynek!
Nagle usłyszałam ciche pukanie, poderwałam się jakby mnie ktoś... mniejsza z tym.
- Proszę! zawołałam zachrypniętym głosem.
Drzwi powoli się otworzyły, a zza nich nieśmiało wychyliła się ładna dziewczyna.  
- Hej.. ty jesteś Josephine? - zapytała i uśmiechnęła się przyjaźnie.
Nie sposób było nie odpowiedzieć tym samym.
- Tak, ale mów mi Jose. O co chodzi?
- Jestem tu nowa, mam zająć ten pokój, bo podobno zwolniło się miejsce.
Zmarszczyłam brwi na wspomnienie niedawnego incydentu. Pozostał po nim przeogromny niesmak.
- Okej.. hm, w takim razie wchodź. Masz już klucze?
Dziewczyna skinęła głową a ja wstałam i pomogłam jej wnieść walizki do pokoju.

czwartek, 27 lutego 2014

Rozdział II - cz. 2

Rin 

~~*~~

Kierownik usiadł i wskazał miejsca przed sobą, rzucając nam złowieszcze spojrzenie. Już kilka razy byłem u niego na dywaniku, więc nie robiło to na mnie większego wrażenia. Po porannym incydencie nie miałem już cierpliwości, by się z nim użerać.
Jego ciężkie spojrzenie spoczęło najpierw na dziewczynie, potem na mnie. Przyjąłem je spokojnie.
 - Czy ktoś mi łaskawie powie, co to miało znaczyć? - spytał hardo. Dziewczyna kręciła się zdenerwowana na krześle.
- To, co pan widział. - odparłem cicho. Kierownik zamrugał zaskoczony. Czy moją bezczelnością, czy tym, że się w ogóle odezwałem, nie wiem.
- C-co proszę? - stęknął. Westchnąłem.
- Zostawiłem dziewczynę po bójce w pokoju, a ta najwyraźniej zasnęła. - mruknąłem znudzony.
 - I co w związku z tym? - Wzruszyłem ramionami siadając wygodniej i wkładając ręce do kieszeni. Dziewczyna spojrzała na mnie z lekkim niedowierzaniem.
- I co? Nic cię to nie obchodzi?
- Nie. Nic się nie stało, a czasu się nie cofnie. -  Zatkało oboje. Szczerze, irytowało mnie to.
- To niewybaczalne, młody człowieku... - zaczął, ale nie dałem mu dokończyć.
- Oboje wiemy, że to nic, a pan potrzebuje mnie bardziej niż ja pana. Nikt nie będzie w stanie znieść tej fuchy tak długo jak ja, więc nie widzę sensu siedzenia tu - powiedziałem cicho i wstałem kierując się do wyjścia. Jego serce było w chaosie. Trafiłem w jego słaby punt i oboje to wiedzieliśmy. Ze strony dziewczyny nic. Choć wiedziałem, że jest wstrząśnięta i zmęczona, nic nie mogłem wyczuć.
 Już myślałem, że kierownik da mi spokój i puści, ale wtedy zawołał:
- Poczekaj! - stanąłem, ale się nie odwróciłem. - Żeby był mi to ostatni raz.
Wyszedłem.
Rin: 1 Kierownik: 0.
Moja zmiana właśnie się skończyła, więc teraz siedziałem w parku na ławce. Wtedy Han nagle stanął przede mną z założonymi rękami. Zerknąłem tylko na niego, a potem wróciłem do wpatrywania się w liście drzewa, które tworzyły wokół mnie przyjemny cień.
- Ekhem. - odchrząknął chłopak zirytowany. Kiedy nie zareagowałem, usiadł z westchnieniem obok mnie. - Ech... ciekawych rzeczy się o tobie ostatnio dowiaduję. - mruknął. Zmarszczyłem lekko czoło: "Na przykład?"
- No nie wiem... że wdałeś się w kolejną bójkę, jeszcze jedną na dyskotece, że zostawiłeś dziewczynę w kantorze w klubie i praktycznie wyciągałeś ją przez okno, potem byłeś na dywaniku u kierownika... Co się z tobą dzieje, człowieku?
Wywróciłem oczami i westchnąłem: "Histeryzujesz"
- Ja? - jak zwykle odczytał bezbłędnie moją myśl - No chyba nie. Po prostu przejmuję się swoim kumplem, to chyba normalne?
- Hmm. - mruknąłem. Han aż podskoczył. Rzadko się odzywam, a zwłaszcza przy nim. I tak zawsze wie, co mam na myśli.
Wtedy zauważyłem Josephine jak wychodzi z klubu, szybko kierując się w stronę szkoły. Śledziłem ją przez chwilę wzrokiem, a Han przysunął się, by zobaczyć, na kogo patrzę. 
- Uhuuu, a to ktoo? - spytał umyślnie przedłużając samogłoski. Wiedziałem, co myślał. Rzuciłem mu puste spojrzenie. Ten podniósł ręce w obronnym geście. - Spokojnie, Rin. Weź, tylko żartuję. Powinieneś czasem się uśmiechnąć, czy coś. - mruknął pod nosem obrażony. Wywróciłem oczami, na co on się uśmiechnął.
- Wracamy? - spytał? W odpowiedzi wstałem.



sobota, 22 lutego 2014

Rozdział II - cz. 1

Jose


Obudził mnie przeraźliwy ból w barku. Syknęłam cicho, kiedy moje ciało przebiegło nieprzyjemne mrowienie. Niepewnie zamrugałam oczami. Szare ściany i jedno, małe okno wysoko na ścianie, przez które sączyły się ponure promienie słońca. Oprócz tego stół i kilka krzeseł. Nic więcej. Wstałam i usłyszałam lekki stukot - mój telefon upadł na podłogę. Widocznie trzymałam go na kolanach. Z nadzieją spojrzałam na wyświetlacz, który okazał się czarny. Raz po raz nacisnęłam guzik odblokowujący ekran, z głupią nadzieją, że mimo wszystko za tym cholernym pięćdziesiątym razem ekran zabłyśnie sztucznym światłem. Nic z tego - padł na amen. Było nie słuchać tyle muzyki... Muzyki? Promień słońca padł na moją twarz, a ja, niczym w taniej hollywoodzkiej produkcji dostałam olśnienia. Wszystkie wydarzenia z wczoraj wróciły: klub, kłótnia, a potem bójka, ten dziwny chłopak, to pomieszczenie, Guns and Roses... to naprawdę się stało? Zacisnęłam ręce w pięści, a po moim policzku mimowolnie spłynęła łza. Nie ma to jak nowy, lepszy początek. Dlaczego zawsze dzieje się zupełnie na odwrót? Cholerne szczęście. Westchnęłam i pchnęłam drzwi, które, tak jak przypuszczałam okazały się zamknięte. A więc utknęłam tu na dobre. Podeszłam do okna wyglądając jakiś oznak życia... Na próżno. Wszyscy pewnie są w szkole, zapewne był ranek. A właśnie, szkoła. Przynajmniej to mnie ominęło. Ciekawe, czy będę miała z tego powodu nieprzyjemności. W poprzedniej szkole za 3 nieusprawiedliwione dni wywalali bezwarunkowo. Oby tu było luźniej. Zaczęłam pukać palcami w ścianę, gorączkowo myśląc. Na pewno zaraz ktoś tu przyjdzie, jakiś członek obsługi. Muszą przecież wszystko przygotować, zanim zacznie się impreza. Kurde, po niecałych 10 minutach mam już dość! A przede mną jeszcze kilka godzin, do otwarcia tego miejsca. Jak podejrzewałam teraz było zamknięte. Podeszłam do okna. Może da się coś wymyślić? 
Podskoczyłam, daremnie próbując dosięgnąć klamki. Za wysoko.
- Shit! - wrzasnęłam. 
To jest jakieś bynajmniej pojebane.
Usiadłam na stole i walnęłam w niego pięścią, z całej siły i aż krzyknęłam ponownie. Tylko po części z bólu, po części z mojej głupoty. Takk, ten piękny zapłon. Tylko pogratulować intelektu. Minęło jakieś 20 minut, zanim wpadłam na najprostszy pomysł świat. Z głupim uśmiechem podwinęłam rękawy i przeszłam na drugą stronę stołu, po czym popchnęłam go do przodu.. ruszył się o jakiś centymetr. Zagryzłam wargi i pchnęłam jeszcze raz. 
Po kolejnych 10 pchnięciach stół stał pod ścianą. Dumna z siebie niezdarnie wspięłam się na niego i otworzyłam okno. Teraz kolejny problem.. 
Jak do cholery jasnej mam się przez to przecisnąć?!
Otwór był strasznie wąski... ale dam radę. Nie będę tu wiecznie tkwić, czekać na zbawienie, rycerza, który zamiast białego konia będzie miał pęk kluczy. 
Niemrawo przełożyłam rękę przez framugę, potem głowę. Złapałam się mocniej, po czym wybiłam się lewą nogą i spróbowałam przełożyć.. trafiłam w ścianę. Syknęłam cicho. dlaczego nie mogli zrobić szerszego okna?!
Wtedy też zobaczyłam kolejną przeszkodę: z wewnętrznej strony było wysoko. Chyba nie dam rady skoczyć. 
Jakby tego było mało, pojawili się ludzie. Nadciągnęli chmarą, najpierw zajęci rozmową, potem będąc coraz bliżej zaczęli pokazywać mnie palcami. Chodzili w tą i z powrotem. Czyli zbliżała się godzina otwarcia?! Nie, jeszcze za wcześnie. Pewnie mieli długą przerwę w szkole i wyszli na spacer. Okno było na tej samej ścianie co wejście do dyskoteki, ale nikt nie raczył podejść i pomóc. Ktoś z nich krzyknął nawet: "Czy to nie ten bokser?", ktoś inny: " Zawołajcie obsługę". Odwróciłam wzrok.  
-"Cholera ludzie, gińcie! Nie życzę wam źle, ale umierajcie wszyscy!" - pomyślałam złowieszczo. Dość tej komedii.
I w tym pojebanym do granic możliwości momencie nastąpiła kulminacja. Mianowicie kiedy ja szamotałam się z oknem, moją nogą i framugą z tłumu wyszedł On. I szedł prosto na mnie. 
- "Tylko nie to" - zdążyłam pomyśleć tylko tyle, bo już tu był. 
Stanął przede mną i uśmiechnął się cynicznie.
- Pomóc? - mruknął.
Pan Małomówny się odezwał. Co go do tego zmusiło?
- Obejdzie się! - wydyszałam, teraz już czerwona na twarzy. 
Z moich prób wydostania wyszło tylko tyle, że jedna polowa ciała została w pomieszczeniu, druga natomiast niebezpiecznie zwisała ku dołowi. Zaraz pewnie spadnę twarzą na ziemię, na placka.
On podniósł brew, a ja westchnęłam.
- Dobra... mów co mam robić. - wyszeptałam prawie niesłyszalnie, jak dziecko przyznające się do winy.
- Skacz. - powiedział tylko jedno słowo.
- Chyba sobie żartujesz! - wrzasnęłam.
Tłum zareagował śmiechem, ale jedno spojrzenie chłopaka skutecznie ich uciszyło. Idioci. Nigdy im się nic takiego nie zdarzyło?
On pokręcił głową.
Jęknęłam zdruzgotana. Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Moje ulubione słowo. Każdy normalny człowiek by coś wymyślił, zrobił, ale nie ja. Przypomniałam sobie moją dumę, kiedy przesuwałam stół i aż roześmiałam się cicho. Tak naiwna..
- Raz się żyje.. - szepnęłam. 
I przerzuciłam ciężar ciała do przodu. 
Mój piękny spadek trwał jakąś sekundę, jeśli nie mniej. A potem wylądowałam w jego ramionach. Ta sekunda dotyku, kontaktu z jego ciałem, wytrąciła mnie z równowagi o wiele bardziej niż wcześniejsza przygoda. Jakimś cudem byłam w jego ramionach i było by to całkiem romantyczne, gdyby nie to, że od razu odstawił mnie na ziemię. Jakby kontakt z moim ciałem go brzydził, odrzucał. Rozdygotana, niezupełnie ogarniając co się dzieje wokół, ale jakże szczęśliwa, że to już koniec, usłyszałam kroki i gwizdy ludzi. 
- Co tu się dzieje?! - rozpoznałam głos właściciela.
No to wpadłam.
- Za mną, do biura, ale to już! Oboje. - syknął. 
Spojrzałam wystraszona na chłopaka, który widocznie nic sobie z tego nie robił. A to przecież jego niedopilnowanie, to on nie sprawdził, czy opuściłam lokal! A mimo to, to on mnie uratował, jakkolwiek głupio to zabrzmi, i wypadałoby podziękować. Czego ja oczywiście nie zrobiłam. 
Weszliśmy do budynku.
- Cyrk jakiś, albo cholerne włamanie... - mruczał kierownik prowadząc nas do biura.
Spojrzałam na chłopaka w którego oczach odbijało się nieme pytanie, wyrzut: "Ludzie byli w budynku, sprawdziłaś, czy drzwi były otwarte?"
Pokręciłam głową. Cholera, co się ze mną działo? Czy ja na prawdę myślałam, że jest 8 rano?
Facet kilka minut szarpał się z kluczami, po czym wpuścił nas od pomieszczenia, usiadł za biurkiem i wskazał dwa miejsca na przeciwko.
- Zapraszam.. - w jego głosie brzmiała nieprzyjazna nuta. 


poniedziałek, 20 stycznia 2014

Rozdział I - cz. 5

Rin
~*~

Następnego dnia obudziłem się niedługo przed świtem. Han jeszcze spał, a spod kołdry widać było tylko czubek jego czupryny. Usiadłem i przetarłem dłońmi twarz. Cyrku dzień drugi. Wstałem cicho by nie obudzić kolegi i poszedłem do łazienki. Umyłem się i ogarnąłem. Ubrałem standardowo ciemne jeansy i bluzę. Gdy się ogarnąłem było już grubo po piątej, a Han zaczął się kręcić, więc niedługo się obudzi. Chwyciłem torbę z częścią książek i wyszedłem. Cała okolica jeszcze spała, co było mi na rękę. Ta pora to był jedyny czas, gdy nie czułem nikogo. O tej porze praktycznie nikomu nic się nie śni, wszyscy są jakby zawieszeni w czasie. Usiadłem na ławce pomiędzy żeńskim a męskim akademikiem i oparłem się wygodnie wkładając ręce do kieszeni. Ta cisza... niczego więcej nie było mi trzeba. W małym lasku za mną słychać było powoli budzące się do życia zwierzęta, a ze stołówki już dochodziły pierwsze zapachy śniadania. Zamknąłem oczy.
Mogło to by być niezłe rozpoczęcie dnia, gdyby po chwili niedaleko mnie nie pojawiło się trzech oprychów. Należeli do tych, którym nudzi się w szkole, więc dla "urozmaicenia" szkolnego życia lubią obić komuś mordę. Ich serca były przeżarte grzechem. Aż się niedobrze robiło. Wstałem i zacząłem iść w kierunku stołówki. Jednak chyba nie ulotniłem się zbyt szybko, bo przed żeńskim internatem usłyszałem krzyki:
- Ej ty! W kapturze, stój!
Na początku rozważałem zignorowanie ich i pójście sobie dalej, ale nie chciało mi się. Więc po prostu stanąłem i odwróciłem się do nich bokiem. Podeszli do mnie z rękami w kieszeniach.
- Nie za wcześnie na taki spacerek? - spytał kpiąco blondyn stojący pośrodku. Nawet na niego nie spojrzałem. Nie miałem zamiaru sobie zaprzątać nim umysłu.
- Mówię do ciebie! - ryknął. Zero reakcji. Popchnął mnie na żółtą ścianę żeńskiego internatu. - Zadałem ci pytanie, leszczu.
Prychnąłem lekceważąco.
- Kogo ty nazywasz leszczem, dzieciaku? - spytałem, choć wyglądał na siedemnaście lat.
- Coś ty powiedział? - warknął jeden z jego kumpli. Uśmiechnąłem się kpiąco.
- To co słyszałeś.
 Nie wiem, co mnie napadło. Po prostu nie miałem energii ani chęci by znosić panoszenie się tych cymbałów gdzie im się podoba.
- Ja ci zaraz dam.
Wzruszyłem ramionami i wsadziłem ręce do kieszeni. To przepełniło szalę. Koleś zamachnął się na mnie, ale uniknąłem ciosu tak, że pięść blondyna grzmotnęła w betonową ścianę. Ten wrzasnął z bólu przeklinając głośno.
- Bierzcie go, idioci! - warknął. Chyba był ich hersztem, czy jak tam zwał. Dwoje osiłków ruszyło w moim kierunku. W ostatniej chwili zrobiłem krok w bok. Nawet nie umieją porządnie się bić. Szkoda czasu. Odwróciłem się i już miałem zamiar odejść, gdy poczułem na szczęce silne uderzenie. Zachwiałem się lekko. Powoli podniosłem dłoń do ust. Na palcu została mi plama krwi. O nie, tego już za wiele. Kiedy podniosłem wzrok, zobaczyłem jak uśmiech satysfakcji blondyna zmienia się w niepokój. Widział po moich oczach, że już po nim. W ułamku sekundy trzasnąłem do w twarz kopniakiem z półobrotu. Upadł. Kopnąłem go w splot słoneczny i oparłem stopę na jego twarzy. Tamci dwaj debile przyglądali się temu z osłupieniem. 
- Następnym razem zastanów się dwa razy zanim kogoś zaczepisz. - mruknąłem groźnie i odszedłem kierując się w stronę stołówki. pęknięcie na ustach piekło i chyba zaczynało puchnąć, ale nie przejmowałem się tym. Miałem już zniszczony dzień. 
          Jak zwykle usiadłem sam koło przeszklonej ściany tak, że widziałem każdego, kto wchodzi do środka. Tuż obok mnie były szklane drzwi prowadzące na zewnątrz, więc zawsze mogłem szybko się ulotnić. Skubałem bez apetytu sałatkę i tosty. Sala powoli zaludniała się ludźmi. Po kilkunastu minutach wszedł Haru. Kiedy mnie wypatrzył, podniósł rękę na znak powitania i podszedł do lady. Zaraz za nim weszła Josephine, dziewczyna z klubu.Wyglądała dość ponuro. Nie, żeby coś mnie to obchodziło. Po prostu praktycznie zawsze, gdy jest w pobliżu, wpadamy na siebie. Tak jak teraz. Mimo, że nic nie powiedziałem, spojrzała prosto na mnie, jakbym ją wołał. Wbiłem wzrok w swoje śniadanie. 
Po chwili naprzeciw mnie usiadł Haru.
- Hej, Rin. - kiwnąłem głową na powitanie. - Kiedy... co ci się stało? - spytał patrząc na mnie wielkimi oczami. Dotknąłem ust. Ciągle krwawiły. Potrząsnąłem głową i sięgnąłem po serwetkę. 
- Biłeś się? 
Wzruszyłem ramionami. 
- Nie no, nie spodziewałem się tego po tobie... - rzuciłem mu ponure spojrzenie, a on uśmiechnął się szeroko. - Wiem, wiem. Mam tylko nadzieję, że ci goście jeszcze żyją. 
Wywróciłem oczami, a brunet się zaśmiał. Tsa... fajne rozpoczęcie nowego tygodnia. 

~ End ~
    

piątek, 27 grudnia 2013

Rozdział I - cz. 4

Rin

~~*~~ 


Stałem ze Stevenem wpuszczając ludzi do klubu, gdy nagle na sali rozległy się krzyki i gwizdy. To oznaczało tylko jedno. Bójka. Jakby na zawołanie, ze środka wybiegł jakiś zarumieniony chłopak.
- Chodźcie, dziewczyny się leją! - krzyknął. Spojrzałem na Stevena, a ten założył łańcuch przy bramce, oddzielając tym ludzi stojących w kolejce od drzwi. Westchnąłem i odepchnąłem się nogą od ściany. Akurat na koniec mojej zmiany. W środku było parno, muzyka zagłuszała wszystko wokół, a stroboskopy utrudniały jeszcze znalezienie miejsca bójki. Po chwili zobaczyłem wyrwę w tłumie i usłyszałem jakieś krzyki. Klepnąłem Stevena w ramię i zacząłem iść przez tłum, który rozstępował się przede mną. Na nasz widok dzieciaki zaczęły się wycofywać. Na ziemi tarzały się dwie dziewczyny. Jedną z nich była tamta blondynka, Josephine. Jako, że była bliżej mnie, chwyciłem ją mocno, odciągając od dziewczyny, którą zajął się Steven. Nawet się nie wyrywała. Wręcz przeciwnie, zaraz gdy poczuła moje ramiona, jakby zwiotczała. Wyglądała jakby miała zaraz zemdleć. Kiwnąłem w kierunku Stevena i pociągnąłem dziewczynę w kierunku tylnego wyjścia. Nie protestowała. Ludzie zerkali jak wyprowadzam ją za drzwi. Było to niewielkie pomieszczenie dla pracowników. Po przeciwnej stronie pokoju było wyjście. Puściłem powoli dziewczynę, czekając na jej reakcję. Nie ruszyła się, tylko patrzyła pusto w przestrzeń. Po chwili schowała twarz w kapturze bluzy, zarumieniona. Była cała potargana i miała szramę na policzku, ale na siniakach i zadrapaniach zostało. Jak przystało na ochroniarza, musiałem zacząć robić jej wykład. Więc stanąłem przed nią znów z rękami w kieszeniach bluzy i cichym, wypranym z emocji głosem powiedziałem:
- Na terenie klubu takie akcje są zakazane. Jeśli chcesz się bić, to gdzie indziej. Ochłoniesz tu kilka minut, a potem cię wypuszczę.
Nie zareagowała. Wpatrywała się w swoje buty. Westchnąłem ciężko i usiadłem przy stole, pokazując jej skinieniem, by zrobiła to samo. Po chwili wahania, usiadła naprzeciw mnie. Siedzieliśmy w ciszy przez chwilę. Ja patrzyłem się bez zainteresowania przez niewielkie okno wychodzące na Central Park, a Josephine na blat stołu. Czuł, że dziewczyna czuje się skrępowana, ale ja nie dałem nic po sobie poznać. Nie wiedziałem, co czuje, co coraz bardziej mnie irytowało. Wolałem wiedzieć na czym stoję. 
Po kilku minutach z krótkofalówki, którą miałem przypiętą do pasa dobiegł głos Stevena:
- Dobra, możesz ją puścić. Masz koniec zmiany, nie musisz wracać.  
Wstałem cicho i otworzyłem drzwi kiwając na dziewczynę. Ta wstała, ale nie ruszyła się z miejsca. Podszedłem do swojej szafki i odłożyłem bluzę i krótkofalówkę. Bez skrępowania zdjąłem T-shirt i przebrałem się w swój. Potem sam wyszedłem, nie patrząc, czy dziewczyna wyszła. Szedłem niespiesznie w stronę bramy Central Parku, bo tędy było szybciej do szkoły. Byłem zmęczony dzisiejszym dniem.


Jose:

Nieśmiało wychyliłam się zza drzwi zaplecza... i od razu je zamknęłam. Sala była pełna ludu, który przed chwilą widział naszą bójkę. Teraz zmuszali swoje ciała do podrygiwania w rytm muzyki, ale co będzie, jak się tam pojawię. Zagryzłam dolną wargę, mój cholerny nawyk z dzieciństwa.
- Cholera. - mruknęłam cicho.
Za nic w świecie nie chciałam opuszczać tej sali i pokazywać im się na oczy. Katherine pewnie już coś wymyśliła. A może tak po prostu, bardziej po ludzku, bałam się wyjść.
Obróciłam się i oparłam o ścianę, po czym wyciągnęłam słuchawki i telefon z kieszeni. Ustawiłam jakąś powolną piosenkę. Wokalistka czuło szeptała słodkie słówka, do swojego mężczyzny. Kogoś, kto ją zranił, a mimo to go kochała. Miłość jest straszna. Wszystko niszczy. Nic więcej, niż pożądanie i kłamstwa. Nic więcej niż łzy i ból. Muzyka powoli mnie uspokoiła. Gdzieś tam pada śnieg, tam gdzie spadają gwiazdy i spełniają się marzenia. Gdzieś tam ludzie się śmieją. Gdzieś tam może jest szczęście. Ale teraz jestem tutaj. W nowym miejscu, nowej szkole. Tu ludzie są wiecznie weseli, ale pod wpływem narkotyków. Ich uśmiechy są wtedy takie szerokie, a oczy puste.
 W pomieszczeniu było ciepło, a mimo to przeszedł mnie dreszcz. Nie wyjdę teraz z tej sali. poczekam do nocy, aż wszyscy pójdą. Na zewnątrz zrobiło się ciemno, tak jak i w pomieszczeniu. Nikt nie będzie mnie tu szukał. Przesunęłam się po ścianie i usiadłam obok drzwi, po czym zmieniłam piosenkę. Nie chcę tego słuchać. Kolejna, niewiele mądrzejsza.  Dlaczego, żeby piosenka miała jakieś przebicie musi być w niej mowa o miłości i seksie? Nie rozumiem tego świata. Za drzwiami był gąszcz ludzi, ich słodkie serca uśmiechały się do mnie lubieżnie. Tyle dobroci wokół.. więc dlaczego ten świat jest taki zły? Przewinęłam na piosenkę Guns'ów.
"Don't you cry tonihgt/ There's heaven above you baby" - zanuciłam razem z wokalistą.
Po moim policzku jak na złość spłynęła łza. Czułam się taka samotna. Nie ma to jak użalać się nad sobą, robić z siebie męczennika. Ale taka szkoda, że nic nie jest proste. Powoli przymknęłam oczy. Chciałabym, żeby ktoś był teraz przy mnie. Zadrapanie na moim policzku zaczęło szczypać, ale się nie przejmowałam. Zagoi się, zapewne. Powoli błądziłam myślami dalej i dalej... tam, gdzie spadają gwiazdy, a ludzie są szczęśliwi. 

czwartek, 26 grudnia 2013

Rozdział I - cz. 3

Rin

 ~~*~~

Dziewczyna ciężko usiadła obok mnie. Widać było, że nie podoba jej się to, że obok niej siedzę, ale miałem to gdzieś. Przynajmniej już nie była naćpana. 
Profesor znowu zaczął swój nudny monolog, a ja nie mogąc już się patrzeć w okno, oparłem policzek na dłoni i bazgrałem po kartce wyrwanej z zeszytu. Nauczyciel nie zwracał na mnie uwagi. Jego szczęście. Jednak co chwilę czułem na sobie wzrok mojej "sąsiadki". Nie mogłem wyczuć jej aury, co trochę mnie irytowało, więc nie wiedziałem, co myśli. Jednak uparcie ją ignorowałem, aż w końcu rzuciłem jej puste spojrzenie. Zamarła zaskoczona. Po chwili bezruchu odwróciłem wzrok, a ona otrząsnęła się i zaczęła  pospiesznie wertować książkę. Ja wróciłem do "rysowania" niezbyt zainteresowany lekcją.
          Kiedy zadzwonił dzwonek, zgarnąłem z ławki książki i nie patrząc na nikogo, wyszedłem z klasy. Następna była historia, trzy klasy dalej. Pod salą stał już Han. Uśmiechnął się szeroko.
- Hej, jak tam pierwsza lekcja? - spytał wesoło. Nie popatrzyłem na niego, tylko oparłem się o ścianę obok. - Czyli nijak. - odpowiedział sam sobie. Znał mnie już dość, by wiedzieć jak interpretować moje zachowanie. Czasem było to irytujące, ale częściej po prostu ułatwiało mi przebywanie z nim. Kiwnąłem głową rzucając mu szybkie spojrzenie, co było swoistym pytaniem: "A u ciebie?"
Brunet wzruszył ramionami. 
- E tam, hiszpański. Na razie nic ciekawego. 
Han coś jeszcze nawijał, a ja znów poczułem na sobie wzrok tamtej blondynki. Spojrzałem w tamtym kierunku i zauważyłem ją. Stała kilka metrów dalej, przyglądając mi się z ukosa. Zmrużyłem lekko oczy i odepchnąłem się od ściany. Wszedłem do klasy przerywając monolog Han'a. W tej samej chwili zadzwonił dzwonek. 

~*~

Po lekcjach poszedłem do pokoju i rzuciłem książki na łóżko. Chwyciłem koszulkę z logo pobliskiego klubu i mp3. założyłem słuchawki i wyszedłem. Pracowałem dorywczo w klubie Carneval. Praca średnia, ale dobrze płacą. Czasem występowałem na scenie, ale częściej jako ochroniarz stojący przy bramce. Zwykle nikt nie zwracał na mnie uwagi, ale nie ma kolesia, którego nie potrafiłbym w razie czego położyć na łopatki. 
Wszedłem wejściem dla pracowników i przebrałem się w czarny T-shirt. Na to ubrałem czarną bluzę z kapturem z napisem "Ochrona" na plecach i wyszedłem, by dołączyć do Stevena, trzydziestoletniego blondyna, który pełnił funkcję drugiego ochroniarza już pilnującego wejścia. Dzisiaj wieczorem szykowała się dyskoteka, więc szykowało się pięć godzin sterczenia tu. Skinąłem na blondyna i oparłem się o futrynę dwuskrzydłowych drzwi. Założyłem słuchawki i bez większego zainteresowania patrzyłem na klientów.
           Około godziny dziewiętnastej zaczęli się schodzić ludzie. Stroje były różne. Od dziwacznych, przez bardzo skąpe do wręcz odrzucających. Kilka dziewczyn zerkało na mnie i Stevena zalotnie, ale nawet na nie nie spojrzałem. Odliczałem tylko czas do końca mojej zmiany. Godzinę później pojawili się pierwsi uczniowie z liceum Kennedy'ego. Wśród kolorowych przebrań w kolejce do wejścia zobaczyłem znajomego mi ciemnoblond koka...     


Jose
~~*~~

Ze znudzeniem wpatrywałam się w ludzi stojących przede mną. Kolejka wlokła się niemiłosiernie, czułam wokół siebie gąszcz ciał, lepiących się od potu, mimo że nawet nie zdążyli wejść na salę. Wzdrygnęłam się z obrzydzeniem i spojrzałam niepewnie na Katherine, która wykrzywiła usta w grymasie, który miał robić za uśmiech.
- Może stąd chodźmy... - zagaiłam niemrawo, ale koleżanka zaraz zgasiła mnie wzrokiem.
- Oj przestań, nie po to tyle się szykowałam. Zresztą już tu jesteśmy, zobacz, zaraz wchodzimy. - mruknęła i uśmiechnęła się ponownie, tym razem bardziej przekonywająco.
Westchnęłam niezadowolona. Nie wiem jakim cudem Kat udało się namówić mnie na przyjście tutaj. Jasno stwierdziłam, że mam już dość imprez, przynajmniej jak na razie. A jednak.. siła perswazji robi swoje. Jeszcze raz spojrzałam na twarze ludzi wokół. Niektórzy patrzyli na mnie i uśmiechali się głupkowato, pewnie kojarzyli mnie z pierwszej imprezy.
- Ej mała, dzisiaj też coś bierzesz? - usłyszałam nagle szept koło swojego ucha.
Wzdrygnęłam się po raz kolejny, rozpoznając głos dilera, który przedwczoraj załatwił mi towar. Miałam nadzieję, że już nigdy więcej nie zobaczę tego typa. Nie odwracając się wyszeptałam łamiącym się głosem:
- Nie dzisiaj stary.
Usłyszałam cichy śmiech.
- Szkoda... Przedwczoraj ostro się bawiłaś. Jak zmienisz zdanie, to wiesz gdzie mnie szukać.
I już go nie było. Nawet nie zauważyłam, kiedy zrobiło mi się gorąco, a moje serce zaczęło bić szybciej.
- Palant. - mruknęła Kat, pewnie myśląc, że to byle frajer próbujący ze mną szczęścia. Koło niej kręciło się ich mnóstwo - Zobacz, już wchodzimy - stwierdziła.
Podniosłam wzrok, a moim oczom ukazał się on. Wzięłam głębszy oddech, a moja twarz oblała się rumieńcem. Cholera. Był ochroniarzem i jak na razie nie zauważył mnie jeszcze, albo zauważył i miał to głęboko gdzieś. Biorąc pod uwagę epicko długą historię naszej znajomości prędzej obstawiałabym to drugie.
- Kat... chodźmy stąd! - syknęłam cicho mając ogromną nadzieję, że nikt mnie nie usłyszy.
- Nic z tego. Dzisiaj muszę upolować jakiegoś fajnego faceta. Ten będzie mój. - wyszeptała dziewczyna pewnym tonem łowcy i  nic sobie nie robiąc z moich próśb podeszła do ochroniarza,  który zaszczycił ją znudzonym spojrzeniem.
- No hej siłaczu.. - zaczęła kokieteryjnie się do niego uśmiechając.
On tylko podniósł wzrok i wystawił rękę po bilet wstępu.
Stojąc zaraz za Katherine czułam, że moja twarz robi się coraz bardziej czerwona. Podziękowałam sobie w duchu za moje niedbalstwo i lenistwo, gdyż zamiast się jakoś przebrać i wystroić miałam na sobie zwykłe krótkie spodenki i granatową rozpinaną bluzę. Teraz szybko zarzuciłam kaptur na głowę całkowicie kryjąc się w jego cieniu i modląc się, żeby chłopak nie zobaczył mojej twarzy.
- Nie bądź taki sztywny. - wyszeptała dziewczyna śmiejąc się.
Coraz mniej zaczynało mi się to podobać, więc mocno szturchnęłam ją w łokieć i zaraz tego pożałowałam, bo dziewczyna odwróciła się do mnie i przyciągnęła do siebie.
- A to jest Josephine, moja przyjaciółka. Przywitaj się Josie. Jestem pewna, że będziesz chciał gdzieś z nami wyskoczyć po pracy.
Pewnie byłam teraz zupełnie czerwona. Czułam się upokorzona jeszcze większe niż poprzednim razem. Nie  byłam w stanie nic powiedzieć, patrzyłam tylko uparcie w najdalszy róg szyldu marząc o tym, żeby ta chwila w końcu się skończyła.
- Kolejka czeka. - mruknął tylko chłopak.
Kat rzuciła mu złowrogie spojrzenie, z którego zresztą on nic sobie nie zrobił.
- Twój wybór, ale wierz mi, że będziesz tego żałować. - syknęła groźbę niczym z drętwego horroru, po czym ostentacyjnie złapała mnie za łokieć i pociągnęła za sobą do sali.
- Co za dupek, pewnie jakiś pedał. Woli chłopców, którzy dają mu w du... - zaczęła litanię wyzwisk, ale ja przestałam słuchać.
Zastanawiałam się jak się stąd urwać, chciałam tylko ciepłego łóżka, kubka herbaty,dobrej książki i muzyki. Byle zapomnieć o nowej szkole, o tym, jaką opinię zaczęłam tu sobie wyrabiać chodząc na imprezy i szlajając się z gwiazdą szkolną.
- Musiałaś to zrobić?! - krzyknęłam nagle.
I w tym momencie muzyka ucichła, a cała sala spojrzała na mnie zaciekawiona. Przesadzam, bo w rzeczywistości była to garstka osób stojąca najbliżej nas, ale i tak czułam się jak w jakimś chorym kinie.
- O co ci chodzi? - powiedziała z wyrzutem, jednocześnie uśmiechając się do barmana.
- Dobrze wiesz o co! - wrzasnęłam.
- Nie wiem. Weź wyluzuj.. myślałam, że tego chciałaś, przecież na imprezie ci się podobało! Przecież wiesz, co ludzie o tobie gadają! Nie po to wybrałam ciebie na współlokatorkę, żebyś teraz robiła jakieś fochy!
Niepewnie zamrugałam, powstrzymując się od płaczu. Czyli że to było zaplanowane? Rzuciłam dziewczynie wściekłe spojrzenie nie dbając o tłumek gapiów, który zebrał się wokół.
- Widocznie jesteś w błędzie! Nie wszystko musi być zawsze tak jak ty chcesz, przed chwilą miałaś doskonały na to przykład! Myślałaś że się zaprzyjaźnimy i będziemy robić za dwie przyjaciółki? Coś ci się pomyliło kochana!
Mój policzek zapłonął żywym ogniem.
- Nigdy więcej tak do mnie nie mów - syknęła Katherine.
Zupełnie nie dbałam o to, co się dzieje wokół i najmocniej jak potrafiłam oddałam cios.
- Będę robić to co chcę. - powiedziałam chyba najbardziej oklepany tekst w życiu.
Wokół poleciały gwizdy, ktoś krzyknął "laski się biją", ale nie skupiałam się tym pochłonięta wirem walki. Czułam że płonę,zupełnie tak jak mój polik przed chwilą, chciałam wyrzucić z siebie całą to złość, którą zgromadziłam w sobie do tej pory. Byłam bólem i furią...
I nagle poczułam czyje dłonie mocno ściskające moje ręce i odciągające mnie od dziewczyny.
Tłum zaczął wrzeszczeć: "ochrona buu, ochrona won", a ja zachwiałam się i prawie zasłabłam. Boże, żeby to był ten drugi, proszę. Spraw, żeby to nie był on...





środa, 25 grudnia 2013

Rozdział I - cz. 2

 Jose

***


Patrzyłam na niego minutę... A potem kolejną i kolejną. Jak w transie. Nie byłam w stanie mrugnąć, a co dopiero przestać kurczowo ściskać jego ręki. Oczy, w które wpatrywałam się jak urzeczona, niebezpiecznie zalśniły i przez sekundę wydawało mi się, że tkwił w nich jakiś mrok. Moje źrenice się rozszerzyły, czułam, że tonę w z każdą chwilą coraz bardziej przytłoczona wszechogarniającym brązowym, prawie czarnym oceanie jego oczu.
- Kim jesteś? - powiedział cicho, z powrotem zanurzając twarz w cieniu kaptura.
Ze świstem wciągnęłam powietrze i niepewnie zamrugałam. To nie może być prawda, coś ze mną nie tak. Może to przez te dragi? Nie powinnam więcej ćpać, ale to wczoraj to tylko incydent, jednorazowa akcja. Wzięłam jeszcze jeden głęboki oddech, czułam, że brakuje mi powietrza. Chłopak odchrząknął, a ja uświadomiłam sobie, że już jakiś czas czeka na odpowiedź.
- Nie wiem... - mruknęłam cicho jak sparaliżowana, nie byłam w stanie wysilić się na nic innego.
Potrząsnęłam głową, żeby choć trochę się ogarnąć. Boże, czy można dać ośmieszyć się jeszcze bardziej? Jęknęłam cicho w duchu, nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. Co takiego jest ze mną nie tak? Albo lepiej, co jest nie tak z nim? Dlaczego nie może być taki jak wszyscy, dlaczego zamiast jego aury widzę wielką czarną dziurę, która dosłownie wciąga przy próbie zagłębienia się w nią? Chłopak odchrząknął jeszcze raz, a ja kierując się za jego wzrokiem spojrzałam na swoją dłoń, która kurczowo trzymała jego rękę. Puściłam go jak oparzona.
- Przepraszam... - burknęłam zirytowana.
To cała sytuacja była upokarzająca. Zacisnęłam powieki, licząc, że to tylko zły sen, halucynacja, objaw przedawkowania, bo przecież to nie może się dziać tutaj. Ten chłopak nie wydawał się być realny z tą swoją godną pożałowania tajemniczością. Dlaczego nie może odezwać się jak większość ludzi w takiej sytuacji? Ponownie spojrzałam w jego ciemnobrązowe oczy i znowu dosłownie mnie zmroziło, lecz o dziwo tym razem patrzyłam na niego pewnie, ba, a nawet wyzywająco. On tylko podniósł brew i najzwyczajniej w świecie zapytał: co?
- Nic, odpowiedziałam i nagle zachciało mi się śmiać, znów czułam się jak na haju.
Powoli odwróciłam się, tak tanecznie, prawie jak baletnica, wierząc, że to naprawdę tylko te dragi. Cicho śmiejąc się do siebie jakimś cudem trafiłam do pokoju i dosłownie runęłam twarzą na łóżko.

***


Poczułam, jak ktoś energicznie potrząsa moim ramieniem.. Dżizas, dajcie mi spać!
- Co jest? - warknęłam ostro.
Natarczywe uczucie natychmiast ustało.
- Nic, ach, no już myślałam że nie żyjesz, wystraszyłaś mnie, w ogóle byłaś taka blada, jak trup, hihi. A tak w ogóle to jestem Katherine, ale i tak wszyscy mówią na mnie Kat. W sumie to chyba mnie znasz, no bo wszyscy mnie znają. Noo, bo wiesz, będziemy razem mieszkać - powiedziała praktycznie na jednym wydechu uśmiechnięta blondynka.
Syknęłam cicho.
- Żartujesz? - zapytałam wściekle.
Dziewczyna szybko zamrugała pewnie przetwarzając to jedno słowo które do niej rzuciłam, po czym przeciągle westchnęła.
- Sorry. Skoro będziemy razem mieszkać, to powinnam Ci się poznać z innej strony. Wiesz, ta paplanina, zboczenie zawodowe. Nasi piłkarze lubią głupie blondynki.
W pierwszym odruchu chciałam powiedzieć "Are u fucking kidding me?", ale się powstrzymałam. Nie od dziś żyję w NY.
- Poważnie sprawia ci to przyjemność? Udawanie kogoś, kim nie jesteś? - mruknęłam opierając się plecami o ścianę.
Kat wzruszyła ramionami.
- Cena popularności kochana.
Pokręciłam głową. Nieźle się zapowiada ten rok... może da się jeszcze zmienić pokój?
- A tak w ogóle to zaraz zaczyna się pierwsza lekcja, chodź, bo się spóźnimy. - mruknęła dziewczyna znikając za drzwiami naszej wspólnej łazienki.
 Spojrzałam na zegarek, była 7:54. Lekcje zaczynają się za sześć minut. Zerwałam się jak oparzona i zaczęłam walić w drzwi. Czyżbym przespała aż tyle? Wprawdzie impreza powitalna była ostra, ale...
- Otwieraj! - wrzasnęłam wkurzona waląc w drzwi.
Boże, jak ta dziewczyna mnie irytowała..
Z łazienki dobiegł mnie cichy śmiech. Zaklęłam pod nosem i z jeszcze nierozpakowanej walizki wyjęłam pierwsze z brzegu ubrania. Desperacko zaczęłam szukać kosmetyków i środków czystości. Choćby nie wiem co nie pójdę na lekcje brudna. Jeszcze raz walnęłam w drzwi łazienki, które w końcu otworzyła Kat.
- Musiałam poprawić makijaż. -burknęła obrażona.
- Kurwa... - syknęłam, po czym dosłownie wbiegłam do łazienki i wzięłam chyba najszybszy prysznic w moim życiu.
Wcierając szampon we włosy zaczęłam myśleć o współlokatorce. Wydawała się być dość dobrym człowiekiem.. To dziwne biorąc pod uwagę ten fałsz i obłudę, towarzyszącą temu całemu "fejmowi" wokół niej. Kim tak naprawdę była? Pewnie będę miała się okazję przekonać w przyszłości, skoro jestem skazana na mieszanie z nią.
Z zamyślenia wyrwał mnie łomot i wołanie koleżanki:
- No pośpiesz się!
Szybko zakręciłam wodę i na mokre ciało wciągnęłam ubrania. Boże, będę miała przerąbane, zwłaszcza, że pierwszą lekcją miał być angielski. Naciągając skarpetę na nogę wybiegłam z łazienki i z coraz większym pośpiechem zaczęłam suszyć włosy.
- Mogłabyś...? - zapytałam najwyraźniej czekającą na mnie Kat, wskazując na mój pusty plecak i książki porozrzucane wokół.
Dziewczyna westchnęła i rzuciła mi wymowne spojrzenie.
- Proszę. Inaczej się spóźnimy - mruknęłam.
Dziewczyna wzięła pierwszą z brzegu książkę i wrzuciła ją do plecaka, a ja posłałam jej według mnie miły uśmiech. W tym momencie zadzwonił dzwonek, więc wyłączyłam suszarkę i zawiązałam niedosuszone włosy w luźnego koka. Szybko pociągnęłam rzęsy tuszem, na nic więcej nie było czasu.
 - No chodź! - powiedziała dziewczyna podając mi już spakowany przez nią plecak.
Chwyciłam go i w końcu wyszłyśmy z pokoju. Jakieś trzy minuty użerałam się z zamkiem, dopóki Katherine nie wyrwała mi klucza.
- Niezdara - mruknęła sprawnie zamykając drzwi, a ja westchnęłam.
- Gdzie mamy lekcje? - zapytała dziewczyna.
- 303A - powiedziałam patrząc na plan, który zabrałam z biurka.
O dziwo niespiesznie zaczęłyśmy krążyć po szkole w poszukiwaniu sali. Kat stwierdziła, że pośpiech szkodzi jej fryzurze, no i niby jak ma biec w szpilkach?! Zresztą przez to spóźnienie damy o sobie znać. Skąd tu się wzięła ta liczba mnoga? A zresztą..wzruszyłam ramionami, bo w sumie to wszystko mi jedno. Ludzie i tak mnie nie obchodzą. Zawsze tacy sami, egoiści. Ich serca aż promienieją od dobroci, ale co znajduję się z drugiej strony medalu?
Lekko przyspieszyłyśmy, było już dziesięć minut po dzwonku. Ciągły pośpiech, masa obowiązków. Właśnie dlatego wyrzucili mnie z poprzedniej szkoły, po prostu nie wyrabiałam. Poznałam pewne osoby, zaczęły się imprezy...  Wszystkiego było dla mnie za dużo. Siostra też nie miała już siły, dlatego zapisała mnie do szkoły z internatem. Tadam, właśnie dlatego tu jestem.
- To tu. - mruknęła moja współlokatorka, po czym pewnie weszła do klasy bez pukania.
Jak cień podążyłam za nią, nagle zobojętniała na wszystko. Nauczyciel zaczął swój wywód, na co Kat zaczęła zręcznie się migać. Jej aura prawie niezauważalnie ściemniła się. Bez wyrazu patrzyłam w okno, mentalnie przygotowując się na pierwszą nudną lekcję w tej szkole. Wszyscy mieli otworzone podręczniki i chyba każdy ze znudzoną miną patrzył na cyrk, jaki odstawiała Kat. Lekko się zarumieniłam, tyle par oczu skierowanych na mnie. I nagle znowu mnie zmroziło. On tu był. Siedział sam, w czwartym rzędzie, w ławce koło okna. A więc to wszystko to nie był zły sen, nie, takie coś tylko w bajkach. Rzucił mi przelotne spojrzenie, po czym wrócił do poprzedniego zajęcia - gapienia się z pasją w okno.
- Możecie usiąść. - powiedział w końcu nauczyciel.
Katherine od razu zajęła miejsce obok przystojniaka z drużyny piłkarskiej, ale ja stałam tam jak skamieniała.
- Tam masz wolne miejsce. - oznajmił nauczyciel, myśląc że moje zamurowanie jest spowodowane tym, że nie wiem gdzie usiąść.
Podążyłam wzrokiem za jego ręką i niepewnie przełknęłam ślinę. Po prostu cudownie, że niby mam siedzieć koło niego. Dlaczego mi to robisz Boże?!
- A nie mogę usiąść gdzieś indziej? - zapytałam niepewnie.
Nauczyciel spojrzał złowrogo.
- Ależ proszę.
Z zadowoleniem rozejrzałam się po klasie.. i mój uśmiech zrzedł. Wszystkie miejsca były zajęte. W klasie rozległ się cichy chichot. Świetnie, po prostu... Z niechęcią spojrzałam na chłopaka, który odsunął się od krzesła, które dzieliło go od okna. Teraz nie będzie miał się już na co gapić. Westchnęłam i  powoli skierowałam się w kierunku miejsca tuż obok niego.

Rozdział I - cz.1

 Rin

 ~~*~~

Nazywam się Rin Johnson. Lub po prostu Rin. Mam 17 lat i wspaniały talent trafiania w miejsca, w których za nic nie chcę się znaleźć. Ale może zacznijmy od początku. 
Po tym jak wywalono mnie z kolejnej szkoły, matka wysłała mnie do najbliższej szkoły z internatem w Nowym Jorku. Szkoły Kennedy'ego. Nawet nie próbowałem oponować. Bo po co? I tak nic nie wskóram. Tak więc dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego spakowałem praktycznie cały swój dobytek i zaniosłem wszystko pod bramę szkoły. Piętnaście minut drogi, można się szybko wyrwać i wrócić... Tsa. 
Na szczęście byłem w pokoju z kimś kogo znam. Mój kumpel Han już był w połowie rozpakowany, kiedy wszedłem do przyznaczonego nam pokoju w męskim internacie. Rzuciłem swoje torby koło pustego łóżka i opadłem ciężko na nie.
- Hej - powiedział Han podnosząc na mnie wzrok. Mruknąłem w odpowiedzi. Tak zazwyczaj wyglądała większość moich konwersacji z kimkolwiek. Han był jedynym, który to tolerował i którego ja tolerowałem dość, by nazwać do swoim kumplem. Ten teraz zerkał na mnie sponad książek porozkładanych na łóżku.
- Weź się rozpakuj. Jutro będziesz miał zawał roboty. - powiedział. Mruknąłem zapatrzony w sufit. Han westchnął i rzucił we mnie książką. Złapałem ją w locie, by nie uderzyła mnie w głowę. Spojrzałem na niego znacząco. "Nie jesteś już za stary na takie zabawy?" mówił mój wzrok. Chłopak uśmiechnął się szeroko. Ten niewysoki szatyn o zielonych oczach i wiecznie roześmianej gębie zawsze zachowywał się jakby wszystko było tylko grą. Jednak czułem mroczną część jego serca. Tak. Czytam z ludzkich serc. Fajnie, nie? Nie. Wierzcie, nie bawi mnie patrzenie jaką dany facet czy baba jest szumowiną. Zresztą, wszyscy są tacy sami. Nic nie warci. Nie żebym miał się za lepszego. Nie, ja jestem najgorszy z nich wszystkich. Ale miałem to gdzieś. 
Teraz w ciszy wstałem z łóżka i kładąc "pocisk" Han'a na ziemi i otworzyłem jedną z trzech toreb. 

 ~*~  

Po niecałej godzinie byłem w pełni rozpakowany. Han wciąż męczył się ze swoimi gratami. Wsadziłem ręce w kieszeni bluzy i stanąłem nad nim. Ten spojrzał na mnie spod byka. 
- No dobra, miałeś rację. - przyznał niechętnie. W odpowiedzi odwróciłem się i wyszedłem. Nie lubiłem siedzieć w zamkniętych pomieszczeniach. Zwłaszcza, że wszędzie wokół otaczały mnie ludzkie aury. Czasem można się zdziwić, co kryją te uśmiechnięte, niewinne istotki. Aż mnie mdli. 
Wysłałem mamie sms'a, że wszystko w porządku i wyłączyłem telefon. Nie chciałem, by do mnie wydzwaniała. Założyłem słuchawki i puściłem jeden z cięższych kawałków. Muzyka zagłuszała myśli i pozwalała skupić się na czymś innym niż dom, szkoła, czy aury.
Kiedy zaczęło kropić, nałożyłem na głowę kaptur, całkowicie tym odgradzając się od rzeczywistego świata. Zacząłem zmierzać w kierunek dziedzińca szkoły. Kiedy skręcałem, nagle poczułem uderzenie w klatkę piersiową. Nie było ono silne, ale kiedy podniosłem wzrok, zobaczyłem, że to dziewczyna w moim wieku z ciemnoblond włosami związanymi w wysoki kok. Siedziała oszołomiona na ziemi, zerkając na mnie z dołu. Już chciałem jej podać rękę, ale coś mnie powstrzymało. W tej dziewczynie było coś dziwnego. Po chwili zorientowałem się, co to było. Nie mogłem jej odczytać. Nic. Nawet kiedy się na tym skupiłem, nie wyczuwałem zupełnie nic. Zmarszczyłem pod kapturem brwi. Nie widziała mojej twarzy, ale patrzyła zdziwiona przez materiał, jakby jej wzrok mógł przejrzeć przez kaptur bluzy. Po chwili oszołomienia podałem jej w milczeniu rękę. Otrząsnęła się i ujęła ją niepewnie. Pociągnąłem ją, a ona wstała, ściskając moją dłoń, by odzyskać równowagę. Rzuciła mi ostre spojrzenie. Teraz wiedziałem, że zauważyła moją twarz. Odwróciłem wzrok i miałem zamiar odejść, ale dziewczyna pociągnęła mnie za rękę. Zatrzymałem się nie odwracając w jej stronę.