Rin
~~*~~
Nazywam się Rin Johnson. Lub po prostu Rin. Mam 17 lat i wspaniały talent trafiania w miejsca, w których za nic nie chcę się znaleźć. Ale może zacznijmy od początku.
Po tym jak wywalono mnie z kolejnej szkoły, matka wysłała mnie do najbliższej szkoły z internatem w Nowym Jorku. Szkoły Kennedy'ego. Nawet nie próbowałem oponować. Bo po co? I tak nic nie wskóram. Tak więc dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego spakowałem praktycznie cały swój dobytek i zaniosłem wszystko pod bramę szkoły. Piętnaście minut drogi, można się szybko wyrwać i wrócić... Tsa.
Na szczęście byłem w pokoju z kimś kogo znam. Mój kumpel Han już był w połowie rozpakowany, kiedy wszedłem do przyznaczonego nam pokoju w męskim internacie. Rzuciłem swoje torby koło pustego łóżka i opadłem ciężko na nie.
- Hej - powiedział Han podnosząc na mnie wzrok. Mruknąłem w odpowiedzi. Tak zazwyczaj wyglądała większość moich konwersacji z kimkolwiek. Han był jedynym, który to tolerował i którego ja tolerowałem dość, by nazwać do swoim kumplem. Ten teraz zerkał na mnie sponad książek porozkładanych na łóżku.
- Weź się rozpakuj. Jutro będziesz miał zawał roboty. - powiedział. Mruknąłem zapatrzony w sufit. Han westchnął i rzucił we mnie książką. Złapałem ją w locie, by nie uderzyła mnie w głowę. Spojrzałem na niego znacząco. "Nie jesteś już za stary na takie zabawy?" mówił mój wzrok. Chłopak uśmiechnął się szeroko. Ten niewysoki szatyn o zielonych oczach i wiecznie roześmianej gębie zawsze zachowywał się jakby wszystko było tylko grą. Jednak czułem mroczną część jego serca. Tak. Czytam z ludzkich serc. Fajnie, nie? Nie. Wierzcie, nie bawi mnie patrzenie jaką dany facet czy baba jest szumowiną. Zresztą, wszyscy są tacy sami. Nic nie warci. Nie żebym miał się za lepszego. Nie, ja jestem najgorszy z nich wszystkich. Ale miałem to gdzieś.
Teraz w ciszy wstałem z łóżka i kładąc "pocisk" Han'a na ziemi i otworzyłem jedną z trzech toreb.
~*~
Po niecałej godzinie byłem w pełni rozpakowany. Han wciąż męczył się ze swoimi gratami. Wsadziłem ręce w kieszeni bluzy i stanąłem nad nim. Ten spojrzał na mnie spod byka.
- No dobra, miałeś rację. - przyznał niechętnie. W odpowiedzi odwróciłem się i wyszedłem. Nie lubiłem siedzieć w zamkniętych pomieszczeniach. Zwłaszcza, że wszędzie wokół otaczały mnie ludzkie aury. Czasem można się zdziwić, co kryją te uśmiechnięte, niewinne istotki. Aż mnie mdli.
Wysłałem mamie sms'a, że wszystko w porządku i wyłączyłem telefon. Nie chciałem, by do mnie wydzwaniała. Założyłem słuchawki i puściłem jeden z cięższych kawałków. Muzyka zagłuszała myśli i pozwalała skupić się na czymś innym niż dom, szkoła, czy aury.
Kiedy zaczęło kropić, nałożyłem na głowę kaptur, całkowicie tym odgradzając się od rzeczywistego świata. Zacząłem zmierzać w kierunek dziedzińca szkoły. Kiedy skręcałem, nagle poczułem uderzenie w klatkę piersiową. Nie było ono silne, ale kiedy podniosłem wzrok, zobaczyłem, że to dziewczyna w moim wieku z ciemnoblond włosami związanymi w wysoki kok. Siedziała oszołomiona na ziemi, zerkając na mnie z dołu. Już chciałem jej podać rękę, ale coś mnie powstrzymało. W tej dziewczynie było coś dziwnego. Po chwili zorientowałem się, co to było. Nie mogłem jej odczytać. Nic. Nawet kiedy się na tym skupiłem, nie wyczuwałem zupełnie nic. Zmarszczyłem pod kapturem brwi. Nie widziała mojej twarzy, ale patrzyła zdziwiona przez materiał, jakby jej wzrok mógł przejrzeć przez kaptur bluzy. Po chwili oszołomienia podałem jej w milczeniu rękę. Otrząsnęła się i ujęła ją niepewnie. Pociągnąłem ją, a ona wstała, ściskając moją dłoń, by odzyskać równowagę. Rzuciła mi ostre spojrzenie. Teraz wiedziałem, że zauważyła moją twarz. Odwróciłem wzrok i miałem zamiar odejść, ale dziewczyna pociągnęła mnie za rękę. Zatrzymałem się nie odwracając w jej stronę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz