Jose
***
Patrzyłam na niego minutę... A potem kolejną i kolejną. Jak w transie. Nie byłam w stanie mrugnąć, a co dopiero przestać kurczowo ściskać jego ręki. Oczy, w które wpatrywałam się jak urzeczona, niebezpiecznie zalśniły i przez sekundę wydawało mi się, że tkwił w nich jakiś mrok. Moje źrenice się rozszerzyły, czułam, że tonę w z każdą chwilą coraz bardziej przytłoczona wszechogarniającym brązowym, prawie czarnym oceanie jego oczu.
- Kim jesteś? - powiedział cicho, z powrotem zanurzając twarz w cieniu kaptura.
Ze świstem wciągnęłam powietrze i niepewnie zamrugałam. To nie może być prawda, coś ze mną nie tak. Może to przez te dragi? Nie powinnam więcej ćpać, ale to wczoraj to tylko incydent, jednorazowa akcja. Wzięłam jeszcze jeden głęboki oddech, czułam, że brakuje mi powietrza. Chłopak odchrząknął, a ja uświadomiłam sobie, że już jakiś czas czeka na odpowiedź.
- Nie wiem... - mruknęłam cicho jak sparaliżowana, nie byłam w stanie wysilić się na nic innego.
Potrząsnęłam głową, żeby choć trochę się ogarnąć. Boże, czy można dać ośmieszyć się jeszcze bardziej? Jęknęłam cicho w duchu, nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. Co takiego jest ze mną nie tak? Albo lepiej, co jest nie tak z nim? Dlaczego nie może być taki jak wszyscy, dlaczego zamiast jego aury widzę wielką czarną dziurę, która dosłownie wciąga przy próbie zagłębienia się w nią? Chłopak odchrząknął jeszcze raz, a ja kierując się za jego wzrokiem spojrzałam na swoją dłoń, która kurczowo trzymała jego rękę. Puściłam go jak oparzona.
- Przepraszam... - burknęłam zirytowana.
To cała sytuacja była upokarzająca. Zacisnęłam powieki, licząc, że to tylko zły sen, halucynacja, objaw przedawkowania, bo przecież to nie może się dziać tutaj. Ten chłopak nie wydawał się być realny z tą swoją godną pożałowania tajemniczością. Dlaczego nie może odezwać się jak większość ludzi w takiej sytuacji? Ponownie spojrzałam w jego ciemnobrązowe oczy i znowu dosłownie mnie zmroziło, lecz o dziwo tym razem patrzyłam na niego pewnie, ba, a nawet wyzywająco. On tylko podniósł brew i najzwyczajniej w świecie zapytał: co?
- Nic, odpowiedziałam i nagle zachciało mi się śmiać, znów czułam się jak na haju.
Powoli odwróciłam się, tak tanecznie, prawie jak baletnica, wierząc, że to naprawdę tylko te dragi. Cicho śmiejąc się do siebie jakimś cudem trafiłam do pokoju i dosłownie runęłam twarzą na łóżko.
***
Poczułam, jak ktoś energicznie potrząsa moim ramieniem.. Dżizas, dajcie mi spać!
- Co jest? - warknęłam ostro.
Natarczywe uczucie natychmiast ustało.
- Nic, ach, no już myślałam że nie żyjesz, wystraszyłaś mnie, w ogóle byłaś taka blada, jak trup, hihi. A tak w ogóle to jestem Katherine, ale i tak wszyscy mówią na mnie Kat. W sumie to chyba mnie znasz, no bo wszyscy mnie znają. Noo, bo wiesz, będziemy razem mieszkać - powiedziała praktycznie na jednym wydechu uśmiechnięta blondynka.
Syknęłam cicho.
- Żartujesz? - zapytałam wściekle.
Dziewczyna szybko zamrugała pewnie przetwarzając to jedno słowo które do niej rzuciłam, po czym przeciągle westchnęła.
- Sorry. Skoro będziemy razem mieszkać, to powinnam Ci się poznać z innej strony. Wiesz, ta paplanina, zboczenie zawodowe. Nasi piłkarze lubią głupie blondynki.
W pierwszym odruchu chciałam powiedzieć "Are u fucking kidding me?", ale się powstrzymałam. Nie od dziś żyję w NY.
- Poważnie sprawia ci to przyjemność? Udawanie kogoś, kim nie jesteś? - mruknęłam opierając się plecami o ścianę.
Kat wzruszyła ramionami.
- Cena popularności kochana.
Pokręciłam głową. Nieźle się zapowiada ten rok... może da się jeszcze zmienić pokój?
- A tak w ogóle to zaraz zaczyna się pierwsza lekcja, chodź, bo się spóźnimy. - mruknęła dziewczyna znikając za drzwiami naszej wspólnej łazienki.
Spojrzałam na zegarek, była 7:54. Lekcje zaczynają się za sześć minut. Zerwałam się jak oparzona i zaczęłam walić w drzwi. Czyżbym przespała aż tyle? Wprawdzie impreza powitalna była ostra, ale...
- Otwieraj! - wrzasnęłam wkurzona waląc w drzwi.
Boże, jak ta dziewczyna mnie irytowała..
Z łazienki dobiegł mnie cichy śmiech. Zaklęłam pod nosem i z jeszcze nierozpakowanej walizki wyjęłam pierwsze z brzegu ubrania. Desperacko zaczęłam szukać kosmetyków i środków czystości. Choćby nie wiem co nie pójdę na lekcje brudna. Jeszcze raz walnęłam w drzwi łazienki, które w końcu otworzyła Kat.
- Musiałam poprawić makijaż. -burknęła obrażona.
- Kurwa... - syknęłam, po czym dosłownie wbiegłam do łazienki i wzięłam chyba najszybszy prysznic w moim życiu.
Wcierając szampon we włosy zaczęłam myśleć o współlokatorce. Wydawała się być dość dobrym człowiekiem.. To dziwne biorąc pod uwagę ten fałsz i obłudę, towarzyszącą temu całemu "fejmowi" wokół niej. Kim tak naprawdę była? Pewnie będę miała się okazję przekonać w przyszłości, skoro jestem skazana na mieszanie z nią.
Z zamyślenia wyrwał mnie łomot i wołanie koleżanki:
- No pośpiesz się!
Szybko zakręciłam wodę i na mokre ciało wciągnęłam ubrania. Boże, będę miała przerąbane, zwłaszcza, że pierwszą lekcją miał być angielski. Naciągając skarpetę na nogę wybiegłam z łazienki i z coraz większym pośpiechem zaczęłam suszyć włosy.
- Mogłabyś...? - zapytałam najwyraźniej czekającą na mnie Kat, wskazując na mój pusty plecak i książki porozrzucane wokół.
Dziewczyna westchnęła i rzuciła mi wymowne spojrzenie.
- Proszę. Inaczej się spóźnimy - mruknęłam.
Dziewczyna wzięła pierwszą z brzegu książkę i wrzuciła ją do plecaka, a ja posłałam jej według mnie miły uśmiech. W tym momencie zadzwonił dzwonek, więc wyłączyłam suszarkę i zawiązałam niedosuszone włosy w luźnego koka. Szybko pociągnęłam rzęsy tuszem, na nic więcej nie było czasu.
- No chodź! - powiedziała dziewczyna podając mi już spakowany przez nią plecak.
Chwyciłam go i w końcu wyszłyśmy z pokoju. Jakieś trzy minuty użerałam się z zamkiem, dopóki Katherine nie wyrwała mi klucza.
- Niezdara - mruknęła sprawnie zamykając drzwi, a ja westchnęłam.
- Gdzie mamy lekcje? - zapytała dziewczyna.
- 303A - powiedziałam patrząc na plan, który zabrałam z biurka.
O dziwo niespiesznie zaczęłyśmy krążyć po szkole w poszukiwaniu sali. Kat stwierdziła, że pośpiech szkodzi jej fryzurze, no i niby jak ma biec w szpilkach?! Zresztą przez to spóźnienie damy o sobie znać. Skąd tu się wzięła ta liczba mnoga? A zresztą..wzruszyłam ramionami, bo w sumie to wszystko mi jedno. Ludzie i tak mnie nie obchodzą. Zawsze tacy sami, egoiści. Ich serca aż promienieją od dobroci, ale co znajduję się z drugiej strony medalu?
Lekko przyspieszyłyśmy, było już dziesięć minut po dzwonku. Ciągły pośpiech, masa obowiązków. Właśnie dlatego wyrzucili mnie z poprzedniej szkoły, po prostu nie wyrabiałam. Poznałam pewne osoby, zaczęły się imprezy... Wszystkiego było dla mnie za dużo. Siostra też nie miała już siły, dlatego zapisała mnie do szkoły z internatem. Tadam, właśnie dlatego tu jestem.
- To tu. - mruknęła moja współlokatorka, po czym pewnie weszła do klasy bez pukania.
Jak cień podążyłam za nią, nagle zobojętniała na wszystko. Nauczyciel zaczął swój wywód, na co Kat zaczęła zręcznie się migać. Jej aura prawie niezauważalnie ściemniła się. Bez wyrazu patrzyłam w okno, mentalnie przygotowując się na pierwszą nudną lekcję w tej szkole. Wszyscy mieli otworzone podręczniki i chyba każdy ze znudzoną miną patrzył na cyrk, jaki odstawiała Kat. Lekko się zarumieniłam, tyle par oczu skierowanych na mnie. I nagle znowu mnie zmroziło. On tu był. Siedział sam, w czwartym rzędzie, w ławce koło okna. A więc to wszystko to nie był zły sen, nie, takie coś tylko w bajkach. Rzucił mi przelotne spojrzenie, po czym wrócił do poprzedniego zajęcia - gapienia się z pasją w okno.
- Możecie usiąść. - powiedział w końcu nauczyciel.
Katherine od razu zajęła miejsce obok przystojniaka z drużyny piłkarskiej, ale ja stałam tam jak skamieniała.
- Tam masz wolne miejsce. - oznajmił nauczyciel, myśląc że moje zamurowanie jest spowodowane tym, że nie wiem gdzie usiąść.
Podążyłam wzrokiem za jego ręką i niepewnie przełknęłam ślinę. Po prostu cudownie, że niby mam siedzieć koło niego. Dlaczego mi to robisz Boże?!
- A nie mogę usiąść gdzieś indziej? - zapytałam niepewnie.
Nauczyciel spojrzał złowrogo.
- Ależ proszę.
Z zadowoleniem rozejrzałam się po klasie.. i mój uśmiech zrzedł. Wszystkie miejsca były zajęte. W klasie rozległ się cichy chichot. Świetnie, po prostu... Z niechęcią spojrzałam na chłopaka, który odsunął się od krzesła, które dzieliło go od okna. Teraz nie będzie miał się już na co gapić. Westchnęłam i powoli skierowałam się w kierunku miejsca tuż obok niego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz