Rin
~~*~~
Stałem ze Stevenem wpuszczając ludzi do klubu, gdy nagle na sali rozległy się krzyki i gwizdy. To oznaczało tylko jedno. Bójka. Jakby na zawołanie, ze środka wybiegł jakiś zarumieniony chłopak.
- Chodźcie, dziewczyny się leją! - krzyknął. Spojrzałem na Stevena, a ten założył łańcuch przy bramce, oddzielając tym ludzi stojących w kolejce od drzwi. Westchnąłem i odepchnąłem się nogą od ściany. Akurat na koniec mojej zmiany. W środku było parno, muzyka zagłuszała wszystko wokół, a stroboskopy utrudniały jeszcze znalezienie miejsca bójki. Po chwili zobaczyłem wyrwę w tłumie i usłyszałem jakieś krzyki. Klepnąłem Stevena w ramię i zacząłem iść przez tłum, który rozstępował się przede mną. Na nasz widok dzieciaki zaczęły się wycofywać. Na ziemi tarzały się dwie dziewczyny. Jedną z nich była tamta blondynka, Josephine. Jako, że była bliżej mnie, chwyciłem ją mocno, odciągając od dziewczyny, którą zajął się Steven. Nawet się nie wyrywała. Wręcz przeciwnie, zaraz gdy poczuła moje ramiona, jakby zwiotczała. Wyglądała jakby miała zaraz zemdleć. Kiwnąłem w kierunku Stevena i pociągnąłem dziewczynę w kierunku tylnego wyjścia. Nie protestowała. Ludzie zerkali jak wyprowadzam ją za drzwi. Było to niewielkie pomieszczenie dla pracowników. Po przeciwnej stronie pokoju było wyjście. Puściłem powoli dziewczynę, czekając na jej reakcję. Nie ruszyła się, tylko patrzyła pusto w przestrzeń. Po chwili schowała twarz w kapturze bluzy, zarumieniona. Była cała potargana i miała szramę na policzku, ale na siniakach i zadrapaniach zostało. Jak przystało na ochroniarza, musiałem zacząć robić jej wykład. Więc stanąłem przed nią znów z rękami w kieszeniach bluzy i cichym, wypranym z emocji głosem powiedziałem:
- Na terenie klubu takie akcje są zakazane. Jeśli chcesz się bić, to gdzie indziej. Ochłoniesz tu kilka minut, a potem cię wypuszczę.
Nie zareagowała. Wpatrywała się w swoje buty. Westchnąłem ciężko i usiadłem przy stole, pokazując jej skinieniem, by zrobiła to samo. Po chwili wahania, usiadła naprzeciw mnie. Siedzieliśmy w ciszy przez chwilę. Ja patrzyłem się bez zainteresowania przez niewielkie okno wychodzące na Central Park, a Josephine na blat stołu. Czuł, że dziewczyna czuje się skrępowana, ale ja nie dałem nic po sobie poznać. Nie wiedziałem, co czuje, co coraz bardziej mnie irytowało. Wolałem wiedzieć na czym stoję.
Po kilku minutach z krótkofalówki, którą miałem przypiętą do pasa dobiegł głos Stevena:
- Dobra, możesz ją puścić. Masz koniec zmiany, nie musisz wracać.
Wstałem cicho i otworzyłem drzwi kiwając na dziewczynę. Ta wstała, ale nie ruszyła się z miejsca. Podszedłem do swojej szafki i odłożyłem bluzę i krótkofalówkę. Bez skrępowania zdjąłem T-shirt i przebrałem się w swój. Potem sam wyszedłem, nie patrząc, czy dziewczyna wyszła. Szedłem niespiesznie w stronę bramy Central Parku, bo tędy było szybciej do szkoły. Byłem zmęczony dzisiejszym dniem.
Jose:
Nieśmiało wychyliłam się zza drzwi zaplecza... i od razu je zamknęłam. Sala była pełna ludu, który przed chwilą widział naszą bójkę. Teraz zmuszali swoje ciała do podrygiwania w rytm muzyki, ale co będzie, jak się tam pojawię. Zagryzłam dolną wargę, mój cholerny nawyk z dzieciństwa.
- Cholera. - mruknęłam cicho.
Za nic w świecie nie chciałam opuszczać tej sali i pokazywać im się na oczy. Katherine pewnie już coś wymyśliła. A może tak po prostu, bardziej po ludzku, bałam się wyjść.
Obróciłam się i oparłam o ścianę, po czym wyciągnęłam słuchawki i telefon z kieszeni. Ustawiłam jakąś powolną piosenkę. Wokalistka czuło szeptała słodkie słówka, do swojego mężczyzny. Kogoś, kto ją zranił, a mimo to go kochała. Miłość jest straszna. Wszystko niszczy. Nic więcej, niż pożądanie i kłamstwa. Nic więcej niż łzy i ból. Muzyka powoli mnie uspokoiła. Gdzieś tam pada śnieg, tam gdzie spadają gwiazdy i spełniają się marzenia. Gdzieś tam ludzie się śmieją. Gdzieś tam może jest szczęście. Ale teraz jestem tutaj. W nowym miejscu, nowej szkole. Tu ludzie są wiecznie weseli, ale pod wpływem narkotyków. Ich uśmiechy są wtedy takie szerokie, a oczy puste.
W pomieszczeniu było ciepło, a mimo to przeszedł mnie dreszcz. Nie wyjdę teraz z tej sali. poczekam do nocy, aż wszyscy pójdą. Na zewnątrz zrobiło się ciemno, tak jak i w pomieszczeniu. Nikt nie będzie mnie tu szukał. Przesunęłam się po ścianie i usiadłam obok drzwi, po czym zmieniłam piosenkę. Nie chcę tego słuchać. Kolejna, niewiele mądrzejsza. Dlaczego, żeby piosenka miała jakieś przebicie musi być w niej mowa o miłości i seksie? Nie rozumiem tego świata. Za drzwiami był gąszcz ludzi, ich słodkie serca uśmiechały się do mnie lubieżnie. Tyle dobroci wokół.. więc dlaczego ten świat jest taki zły? Przewinęłam na piosenkę Guns'ów.
- "Don't you cry tonihgt/ There's heaven above you baby" - zanuciłam razem z wokalistą.
Po moim policzku jak na złość spłynęła łza. Czułam się taka samotna. Nie ma to jak użalać się nad sobą, robić z siebie męczennika. Ale taka szkoda, że nic nie jest proste. Powoli przymknęłam oczy. Chciałabym, żeby ktoś był teraz przy mnie. Zadrapanie na moim policzku zaczęło szczypać, ale się nie przejmowałam. Zagoi się, zapewne. Powoli błądziłam myślami dalej i dalej... tam, gdzie spadają gwiazdy, a ludzie są szczęśliwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz