poniedziałek, 20 stycznia 2014

Rozdział I - cz. 5

Rin
~*~

Następnego dnia obudziłem się niedługo przed świtem. Han jeszcze spał, a spod kołdry widać było tylko czubek jego czupryny. Usiadłem i przetarłem dłońmi twarz. Cyrku dzień drugi. Wstałem cicho by nie obudzić kolegi i poszedłem do łazienki. Umyłem się i ogarnąłem. Ubrałem standardowo ciemne jeansy i bluzę. Gdy się ogarnąłem było już grubo po piątej, a Han zaczął się kręcić, więc niedługo się obudzi. Chwyciłem torbę z częścią książek i wyszedłem. Cała okolica jeszcze spała, co było mi na rękę. Ta pora to był jedyny czas, gdy nie czułem nikogo. O tej porze praktycznie nikomu nic się nie śni, wszyscy są jakby zawieszeni w czasie. Usiadłem na ławce pomiędzy żeńskim a męskim akademikiem i oparłem się wygodnie wkładając ręce do kieszeni. Ta cisza... niczego więcej nie było mi trzeba. W małym lasku za mną słychać było powoli budzące się do życia zwierzęta, a ze stołówki już dochodziły pierwsze zapachy śniadania. Zamknąłem oczy.
Mogło to by być niezłe rozpoczęcie dnia, gdyby po chwili niedaleko mnie nie pojawiło się trzech oprychów. Należeli do tych, którym nudzi się w szkole, więc dla "urozmaicenia" szkolnego życia lubią obić komuś mordę. Ich serca były przeżarte grzechem. Aż się niedobrze robiło. Wstałem i zacząłem iść w kierunku stołówki. Jednak chyba nie ulotniłem się zbyt szybko, bo przed żeńskim internatem usłyszałem krzyki:
- Ej ty! W kapturze, stój!
Na początku rozważałem zignorowanie ich i pójście sobie dalej, ale nie chciało mi się. Więc po prostu stanąłem i odwróciłem się do nich bokiem. Podeszli do mnie z rękami w kieszeniach.
- Nie za wcześnie na taki spacerek? - spytał kpiąco blondyn stojący pośrodku. Nawet na niego nie spojrzałem. Nie miałem zamiaru sobie zaprzątać nim umysłu.
- Mówię do ciebie! - ryknął. Zero reakcji. Popchnął mnie na żółtą ścianę żeńskiego internatu. - Zadałem ci pytanie, leszczu.
Prychnąłem lekceważąco.
- Kogo ty nazywasz leszczem, dzieciaku? - spytałem, choć wyglądał na siedemnaście lat.
- Coś ty powiedział? - warknął jeden z jego kumpli. Uśmiechnąłem się kpiąco.
- To co słyszałeś.
 Nie wiem, co mnie napadło. Po prostu nie miałem energii ani chęci by znosić panoszenie się tych cymbałów gdzie im się podoba.
- Ja ci zaraz dam.
Wzruszyłem ramionami i wsadziłem ręce do kieszeni. To przepełniło szalę. Koleś zamachnął się na mnie, ale uniknąłem ciosu tak, że pięść blondyna grzmotnęła w betonową ścianę. Ten wrzasnął z bólu przeklinając głośno.
- Bierzcie go, idioci! - warknął. Chyba był ich hersztem, czy jak tam zwał. Dwoje osiłków ruszyło w moim kierunku. W ostatniej chwili zrobiłem krok w bok. Nawet nie umieją porządnie się bić. Szkoda czasu. Odwróciłem się i już miałem zamiar odejść, gdy poczułem na szczęce silne uderzenie. Zachwiałem się lekko. Powoli podniosłem dłoń do ust. Na palcu została mi plama krwi. O nie, tego już za wiele. Kiedy podniosłem wzrok, zobaczyłem jak uśmiech satysfakcji blondyna zmienia się w niepokój. Widział po moich oczach, że już po nim. W ułamku sekundy trzasnąłem do w twarz kopniakiem z półobrotu. Upadł. Kopnąłem go w splot słoneczny i oparłem stopę na jego twarzy. Tamci dwaj debile przyglądali się temu z osłupieniem. 
- Następnym razem zastanów się dwa razy zanim kogoś zaczepisz. - mruknąłem groźnie i odszedłem kierując się w stronę stołówki. pęknięcie na ustach piekło i chyba zaczynało puchnąć, ale nie przejmowałem się tym. Miałem już zniszczony dzień. 
          Jak zwykle usiadłem sam koło przeszklonej ściany tak, że widziałem każdego, kto wchodzi do środka. Tuż obok mnie były szklane drzwi prowadzące na zewnątrz, więc zawsze mogłem szybko się ulotnić. Skubałem bez apetytu sałatkę i tosty. Sala powoli zaludniała się ludźmi. Po kilkunastu minutach wszedł Haru. Kiedy mnie wypatrzył, podniósł rękę na znak powitania i podszedł do lady. Zaraz za nim weszła Josephine, dziewczyna z klubu.Wyglądała dość ponuro. Nie, żeby coś mnie to obchodziło. Po prostu praktycznie zawsze, gdy jest w pobliżu, wpadamy na siebie. Tak jak teraz. Mimo, że nic nie powiedziałem, spojrzała prosto na mnie, jakbym ją wołał. Wbiłem wzrok w swoje śniadanie. 
Po chwili naprzeciw mnie usiadł Haru.
- Hej, Rin. - kiwnąłem głową na powitanie. - Kiedy... co ci się stało? - spytał patrząc na mnie wielkimi oczami. Dotknąłem ust. Ciągle krwawiły. Potrząsnąłem głową i sięgnąłem po serwetkę. 
- Biłeś się? 
Wzruszyłem ramionami. 
- Nie no, nie spodziewałem się tego po tobie... - rzuciłem mu ponure spojrzenie, a on uśmiechnął się szeroko. - Wiem, wiem. Mam tylko nadzieję, że ci goście jeszcze żyją. 
Wywróciłem oczami, a brunet się zaśmiał. Tsa... fajne rozpoczęcie nowego tygodnia. 

~ End ~
    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz