Jose
Obudził mnie przeraźliwy ból w barku. Syknęłam cicho, kiedy moje ciało przebiegło nieprzyjemne mrowienie. Niepewnie zamrugałam oczami. Szare ściany i jedno, małe okno wysoko na ścianie, przez które sączyły się ponure promienie słońca. Oprócz tego stół i kilka krzeseł. Nic więcej. Wstałam i usłyszałam lekki stukot - mój telefon upadł na podłogę. Widocznie trzymałam go na kolanach. Z nadzieją spojrzałam na wyświetlacz, który okazał się czarny. Raz po raz nacisnęłam guzik odblokowujący ekran, z głupią nadzieją, że mimo wszystko za tym cholernym pięćdziesiątym razem ekran zabłyśnie sztucznym światłem. Nic z tego - padł na amen. Było nie słuchać tyle muzyki... Muzyki? Promień słońca padł na moją twarz, a ja, niczym w taniej hollywoodzkiej produkcji dostałam olśnienia. Wszystkie wydarzenia z wczoraj wróciły: klub, kłótnia, a potem bójka, ten dziwny chłopak, to pomieszczenie, Guns and Roses... to naprawdę się stało? Zacisnęłam ręce w pięści, a po moim policzku mimowolnie spłynęła łza. Nie ma to jak nowy, lepszy początek. Dlaczego zawsze dzieje się zupełnie na odwrót? Cholerne szczęście. Westchnęłam i pchnęłam drzwi, które, tak jak przypuszczałam okazały się zamknięte. A więc utknęłam tu na dobre. Podeszłam do okna wyglądając jakiś oznak życia... Na próżno. Wszyscy pewnie są w szkole, zapewne był ranek. A właśnie, szkoła. Przynajmniej to mnie ominęło. Ciekawe, czy będę miała z tego powodu nieprzyjemności. W poprzedniej szkole za 3 nieusprawiedliwione dni wywalali bezwarunkowo. Oby tu było luźniej. Zaczęłam pukać palcami w ścianę, gorączkowo myśląc. Na pewno zaraz ktoś tu przyjdzie, jakiś członek obsługi. Muszą przecież wszystko przygotować, zanim zacznie się impreza. Kurde, po niecałych 10 minutach mam już dość! A przede mną jeszcze kilka godzin, do otwarcia tego miejsca. Jak podejrzewałam teraz było zamknięte. Podeszłam do okna. Może da się coś wymyślić?
Podskoczyłam, daremnie próbując dosięgnąć klamki. Za wysoko.
- Shit! - wrzasnęłam.
To jest jakieś bynajmniej pojebane.
Usiadłam na stole i walnęłam w niego pięścią, z całej siły i aż krzyknęłam ponownie. Tylko po części z bólu, po części z mojej głupoty. Takk, ten piękny zapłon. Tylko pogratulować intelektu. Minęło jakieś 20 minut, zanim wpadłam na najprostszy pomysł świat. Z głupim uśmiechem podwinęłam rękawy i przeszłam na drugą stronę stołu, po czym popchnęłam go do przodu.. ruszył się o jakiś centymetr. Zagryzłam wargi i pchnęłam jeszcze raz.
Po kolejnych 10 pchnięciach stół stał pod ścianą. Dumna z siebie niezdarnie wspięłam się na niego i otworzyłam okno. Teraz kolejny problem..
Jak do cholery jasnej mam się przez to przecisnąć?!
Otwór był strasznie wąski... ale dam radę. Nie będę tu wiecznie tkwić, czekać na zbawienie, rycerza, który zamiast białego konia będzie miał pęk kluczy.
Niemrawo przełożyłam rękę przez framugę, potem głowę. Złapałam się mocniej, po czym wybiłam się lewą nogą i spróbowałam przełożyć.. trafiłam w ścianę. Syknęłam cicho. dlaczego nie mogli zrobić szerszego okna?!
Wtedy też zobaczyłam kolejną przeszkodę: z wewnętrznej strony było wysoko. Chyba nie dam rady skoczyć.
Jakby tego było mało, pojawili się ludzie. Nadciągnęli chmarą, najpierw zajęci rozmową, potem będąc coraz bliżej zaczęli pokazywać mnie palcami. Chodzili w tą i z powrotem. Czyli zbliżała się godzina otwarcia?! Nie, jeszcze za wcześnie. Pewnie mieli długą przerwę w szkole i wyszli na spacer. Okno było na tej samej ścianie co wejście do dyskoteki, ale nikt nie raczył podejść i pomóc. Ktoś z nich krzyknął nawet: "Czy to nie ten bokser?", ktoś inny: " Zawołajcie obsługę". Odwróciłam wzrok.
-"Cholera ludzie, gińcie! Nie życzę wam źle, ale umierajcie wszyscy!" - pomyślałam złowieszczo. Dość tej komedii.
I w tym pojebanym do granic możliwości momencie nastąpiła kulminacja. Mianowicie kiedy ja szamotałam się z oknem, moją nogą i framugą z tłumu wyszedł On. I szedł prosto na mnie.
- "Tylko nie to" - zdążyłam pomyśleć tylko tyle, bo już tu był.
Stanął przede mną i uśmiechnął się cynicznie.
- Pomóc? - mruknął.
Pan Małomówny się odezwał. Co go do tego zmusiło?
- Obejdzie się! - wydyszałam, teraz już czerwona na twarzy.
Z moich prób wydostania wyszło tylko tyle, że jedna polowa ciała została w pomieszczeniu, druga natomiast niebezpiecznie zwisała ku dołowi. Zaraz pewnie spadnę twarzą na ziemię, na placka.
On podniósł brew, a ja westchnęłam.
- Dobra... mów co mam robić. - wyszeptałam prawie niesłyszalnie, jak dziecko przyznające się do winy.
- Skacz. - powiedział tylko jedno słowo.
- Chyba sobie żartujesz! - wrzasnęłam.
Tłum zareagował śmiechem, ale jedno spojrzenie chłopaka skutecznie ich uciszyło. Idioci. Nigdy im się nic takiego nie zdarzyło?
Tłum zareagował śmiechem, ale jedno spojrzenie chłopaka skutecznie ich uciszyło. Idioci. Nigdy im się nic takiego nie zdarzyło?
On pokręcił głową.
Jęknęłam zdruzgotana. Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Moje ulubione słowo. Każdy normalny człowiek by coś wymyślił, zrobił, ale nie ja. Przypomniałam sobie moją dumę, kiedy przesuwałam stół i aż roześmiałam się cicho. Tak naiwna..
- Raz się żyje.. - szepnęłam.
I przerzuciłam ciężar ciała do przodu.
Mój piękny spadek trwał jakąś sekundę, jeśli nie mniej. A potem wylądowałam w jego ramionach. Ta sekunda dotyku, kontaktu z jego ciałem, wytrąciła mnie z równowagi o wiele bardziej niż wcześniejsza przygoda. Jakimś cudem byłam w jego ramionach i było by to całkiem romantyczne, gdyby nie to, że od razu odstawił mnie na ziemię. Jakby kontakt z moim ciałem go brzydził, odrzucał. Rozdygotana, niezupełnie ogarniając co się dzieje wokół, ale jakże szczęśliwa, że to już koniec, usłyszałam kroki i gwizdy ludzi.
- Co tu się dzieje?! - rozpoznałam głos właściciela.
No to wpadłam.
- Za mną, do biura, ale to już! Oboje. - syknął.
Spojrzałam wystraszona na chłopaka, który widocznie nic sobie z tego nie robił. A to przecież jego niedopilnowanie, to on nie sprawdził, czy opuściłam lokal! A mimo to, to on mnie uratował, jakkolwiek głupio to zabrzmi, i wypadałoby podziękować. Czego ja oczywiście nie zrobiłam.
Weszliśmy do budynku.
- Cyrk jakiś, albo cholerne włamanie... - mruczał kierownik prowadząc nas do biura.
Spojrzałam na chłopaka w którego oczach odbijało się nieme pytanie, wyrzut: "Ludzie byli w budynku, sprawdziłaś, czy drzwi były otwarte?"
Pokręciłam głową. Cholera, co się ze mną działo? Czy ja na prawdę myślałam, że jest 8 rano?
Facet kilka minut szarpał się z kluczami, po czym wpuścił nas od pomieszczenia, usiadł za biurkiem i wskazał dwa miejsca na przeciwko.
- Zapraszam.. - w jego głosie brzmiała nieprzyjazna nuta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz